Miała być lekka, łatwa i przyjemna robótka. Ale jakieś licho postanowiło trochę mi to dzierganie urozmaicić :)
Zaczęło się od tego, że skończyła mi się różowa włóczka. Och - co za problem. Szczęsliwie pamiętałam co to był za kolor, więc zamówiłam brakujący motek.
Przyszła paczka, otwieram i ZONK. Odcień różni się od tego, z którego wydziergałam już z połoę kocyka...Nie jakoś drastycznie, ale jednak w sposób widoczny. Gdyby to był kocyk dla mnie - to bym machnęła ręką. Ale kocyk na zamówienie.
Cóż - przekręciłam robótkę - szerokość stała się długością i zaczęłam wielką improwizację :)
Pierwsza próba zakończyła się klęską, gdyż wymyślony przeze mnie wzór jakoś nie składał mi się na rogach. No, brzydko wyglądał.
Prucie.
Druga próba widoczna na zdjęciu poniżej. Rozkładam kocyk i widzę, że coś źle wyliczyłam i robótka paskudnie się ściąga i marszczy. Żadne naciąganie i blokowanie tego nie naprawi. No, źle jest i koniec.
Prucie.
Próba nr 3 była prawie udana, gdyby nie to, że za późno, zdecydowanie za późno spostrzegłam, że na samych rogach przerobiłam jednego koloru za dużo o jeden rządek.
Prucie.
Próba nr 4. tym razem doprowadzona do końca i wyglądająca w sposób akceptowalny dla mnie.










